MENU
pl en

2024-09-02

Krakus na środku Atlantyku - czyli Folk Azores 2024

Na Azory! 

Choć dla większości czytelników rodem z Krakowa fraza „ruszamy na Azory” kojarzyć się może głównie z tablicą wieńczącą końcowy przystanek trasy linii 173. To nie ze smutkiem, a z weselem musimy nieco ostudzić zapał w owym toku rozumowania i rzec: otóż nie tym razem! W tym roku Krakus zawitał bowiem po raz pierwszy (i daj Boże nie ostatni) na Terceirze, czyli jednej z wysp azorskich należących do Portugalii. Co ciekawe, jeszcze do niedawna na odwiedzonej przez nas części archipelagu badacze nie znajdowali śladów żadnych oryginalnie występujących tam zwierząt lądowych. Mówiło się, że sprowadzili je dopiero portugalscy zdobywcy. A jako że Polska za kolonizację nigdy się nie brała, już od dnia przyjazdu zrobiliśmy, co w naszej mocy, aby nie narobić na Azorach przysłowiowego bydła (które, swoją drogą, na obrzeżach miast piechotą chodziło). Ale zatrzymajmy się jeszcze na chwilę na samej podróży… której mankamenty o mały włos nie sprawiły, że to my zatrzymaliśmy się już na etapie dworca w Krakowie. PKP z samego rana raczyło nas informacją o potężnym opóźnieniu naszego pociągu. Szans na dojazd na lotnisko w czasie wystarczającym na odprawę nie było. W ostatniej chwili, przyprawiając panią w okienku o kilka dodatkowych siwych włosów, udało nam się jednak przebookować bilety (wykupiliśmy ostatnie!) na wcześniejszy przejazd. Tym sposobem pierwsza część podróży minęła nam wszystkim na drzemkach, krzyżówkach i lekturach wszelakich. Po finalnym, zaskakująco łagodnym lądowaniu, które poprzedzone było lotem w czasie burzy z piorunami, zgodnie z tradycją polska część składu pasażerów nagrodziła pilotów gromkimi brawami. Na lotnisku przedstawiciele kierownictwa festiwalu przywitali każdego z nas małym bukietem kwiatków. Ja na swoim usiadłam, Miszelowi zaczęły łzawić oczy (nie było to wzruszenie), a Czech odmówił jego przyjęcia, za wszelką cenę chcąc uniknąć losu wspomnianego kolegi. Jednakże, co jak co, gest był naprawdę miły! 

Słów parę o festiwalu

Szefem festiwalu, o aparycji balansującej na granicy między politykiem a szefem mafii, był Cesario. Była to postać budząca wiele emocji, ale ma fajne imię, więc uznałam, że poświęcę mu parę linijek — niech ma. Miejscem noclegu okazała się być szkoła w miejscowości Angra de Heroísmo. Przydzielono nam 3 sale z gęsto ustawionymi piętrowymi łóżkami, przyprószonymi aksamitnie okalającą ich ramy warstwą kurzu. W imię skrupulatności relacji wspomnę tylko, że również łazienkom należy się miano widoków niezapomnianych, zwłaszcza po kilku dniach użytkowania. Mimo że adaptacja nie należała do najłatwiejszych, nikt nie pogrążył się w rozpaczy. Już pierwszego wieczora integracja z innymi zespołami trwała w najlepsze. Ciekawym rozwiązaniem, z którym zapoznali nas piloci już na samym początku, było ustanowienie festiwalowej waluty — wymienianych z euro „ptaszków” przeznaczonych do wykorzystania przy festiwalowym barze (czynnym codziennie do godziny 3:00). 

Dreptając azorskimi uliczkami

Mimo że organizowane w szkole conocne imprezy trwały do późnych godzin, nikt nie tracił czasu, śpiąc do południa. Poranne wyprawy w poszukiwaniu co lepszych przedstawicieli wypieku pastel de nata po kilku dniach przeszły już do tradycji. Trzeba przyznać, że wyspiarze w obsłudze klienta charakteryzują się niezwykłym luzem. „Trzech gawędzi, jeden pracuje” stanowiło generalną zasadę w lokalnych kawiarenkach. Zanim dostaliśmy zamówienie, bylibyśmy w stanie odśpiewać za Panią Ireną Jarocką „na, na, na” nie raz, nie dwa. Jednak wewnętrzny spokój tych ludzi, swoisty brak poczucia czasu, wszechogarniającego pędu i zgiełku, z dnia na dzień napawał wielu z nas nutką nostalgicznego zrozumienia. No i, suma summarum, na pastela za 1,5 € opłacało się chwilę poczekać. Pozostając jeszcze na moment przy portugalskim handlu, warto wspomnieć i jego czołowych przedstawicielach. Lokalni sprzedawcy pamiątek silnie opierali swoje produkty na dwóch symbolach — delfinie i krowie. Wstyd przyznać, że nawet ja, pewnego dnia, całą siłą woli powstrzymałam się przed zakupem brokatowego cielęcia w szklanej kuli, pokrywającego się śniegiem przy każdym wstrząśnięciu. Mają dar przekonywania, ci handlarze! Fakt, faktem, krowy i delfiny z Azorami związane są bez dwóch zdań. Te pierwsze, podczas autokarowej wycieczki zapewnionej nam przez organizatorów, w pewnym momencie postanowiły kroczyć przed naszym pojazdem. Co zresztą kierowcy wydawało się specjalnie nie dziwić, a dzięki czemu my mieliśmy delikatnie wydłużony czas na podziwianie rozciągających się aż po linię horyzontu zielonych pól azorskich, pooddzielanych od siebie płotami wykonanymi z kamieni wulkanicznych. W parę godzin objechaliśmy całą wyspę, zachwycając się jej zróżnicowaną fauną (lądową) i florą (w sumie też lądową). Aby zobaczyć morskie zwierzaki, wycieczkę musieliśmy zorganizować na własną rękę. Odziani w kapoki, zapakowaliśmy się do dwóch łódko-pontonów, aby zapolować na widok delfinów lub waleni, a najlepiej obu na raz. Jazda była naprawdę szybka i, na poziomie odczuć, przypominała nieco małej wielkości kolejkę w wesołym miasteczku. Największym szczęśliwcom udało się wykonać bliskie kadry z zanurzania się płetw waleni oraz wyskoków delfinów (mam nadzieję, że oznaczyli @zpitaghkrakus na Instagramie). Pod koniec najodważniejsi wskoczyli do oceanu, inni odpoczywali na łódce, robili zdjęcia, zachwycali się widokami, zwracali śniadanie za burtę… 

Tanecznym krokiem

Mimo dużej ilości atrakcji nie zapomnieliśmy także o obowiązkach… Oddanie tancerzy i tancerek z Polski kwestiom koncertowym każdego dnia i nocy było nieocenione. Niejedna osoba (doprecyzowując: dwie) ironing room, przeznaczony (tu kwestia sporna) do prasowania strojów, odwiedzały nawet w późnych godzinach nocnych. Między innymi dzięki wspaniałej prezencji naszych występujących wszystkie koncerty, gdzie prezentowaliśmy suity śląską i rzeszowską, wypadły wspaniale! Zwłaszcza finałowy, zwieńczony gromkimi oklaskami publiczności zgromadzonej na pokaźnej wielkości szkolnych trybunach, zdaniem Krakusów należał do niezwykle udanych. Chwilę sławy miała także nasza kapela, która już od samego początku festiwalu codziennie przygotowywała się do koncertu przeznaczonego specjalnie dla muzyków ze wszystkich zespołów. 

Souveniry 

Choć z początku nie zapowiadało się na sukces, całkiem nieźle szło nam także opychanie… sprzedaży ludowych souvenirów podczas koncertów i parad, a raz, wzorem polskich odpustów, nawet pod kościołem. Korale białe, zielone, czerwone, gumki do głosów, wianki, zakładki. Słowem: dla każdego coś dobrego. Kilka osób wykazało się nie lada żyłką do interesów. Co śmielsi przymierzali nawet z zaskoczenia rzeczone korale równie zaskoczonym pięćdziesięcioletnim azorskim pięknościom, zachwalając przy tym ich wspólną już z koralami aparycję. Cóż… ważne, że podziałało. Zarobione pieniądze wielu z nas wydało na drobne przyjemności, którymi raczyliśmy się co dzień na plaży. Od najbliższej z nich dzieliło nas bowiem mniej niż 10 minut spacerkiem. Wobec czego każdego dnia, chociaż raz, oddawaliśmy się grom wodnym, opalaniu, degustowaniu lokalnych win. Kilku nieszczęśliwców oddało się także bliskiemu spotkaniu z meduzą. Na szczęście nic poważnego się nie stało, a zresztą… mieliśmy przecież 2 tancerzy w zapasie. 

White party

Jedną z ciekawszych atrakcji zapewnionych przez organizatorów było z pewnością „White party”, czyli impreza z tematycznym dress codem, gdzie Krakus, cały na biało, bawił się razem z innymi zespołami, m.in. w konkurencji zdmuchiwania mąki ze szkolnych ławek… 

Pożegnań czas 

Na sam koniec portugalskiej przygody odwiedziliśmy Lizbonę, gdzie kontynuowaliśmy testowanie lokalnych przysmaków i zwiedzanie najpopularniejszych miejscówek stolicy, podsumowując wspólnie cały wyjazd na dachu miejsca naszego ostatniego noclegu. Grande finale naszej wyprawy, a więc punktualny tym razem przejazd pociągiem Warszawa–Kraków, to eksploatacja ostatków sił pozostałych po intensywnym czasie w Portugalii. Przez całą podróż Krakus okupował WARS, ze wzruszeniem zajadając pierogi, schabowe i naleśniki, do cna wykorzystując zapasy strefy gastro, gawędząc przy okazji z charyzmatycznym kuchmistrzem. Jak każdy zagraniczny wyjazd azorski festiwal, w zależności od podmiotu mniej lub bardziej (nie)zapomniany, przeszedł już do przeszłości. Chociaż, bez wątpienia, rolki i zdjęcia na krakusowym Instagramie długo po jego fakcie podsycały emocje z nim związane.

 xoxo, stażystka