Fundacja KRAKUS
Szukaj:  »
Zaloguj Logowanie

 :: Wspomnienia Krakusów

Zbigniew Sulima

Późny wrześniowy wilgotny wieczór, na ulicy o tej porze roku zalegała już ciemność i nie ma się co dziwić, w końcu rozpoczynała się jesień. Mimo tak ponurego wieczoru, budynek na ul. Reymonta 15 w niczym nie przypominał ani pory dnia, ani pory roku, tętnił wręcz życiem. Początkowo pomyślałem sobie, że chyba, jak mi się często zdarza, pomyliłem dzień, a może godzinę spotkania. Co usłyszałem na ulicy przypominało raczej jakąś zabawę, może wesele (chociaż niedziela wieczór chyba nie jest dla nikogo zbyt ulubionym czasem na takie imprezy). Skoro już jednak przyszedłem trzeba było wejść do środka i sprawdzić czy moje wątpliwości i przypuszczenia są właściwe.

Okazało się, że nic się nie pomyliłem. Zjawiłem się w umówionym miejscu i o umówionej godzinie. Dom "Krakusa" wypełniony był ludźmi i gwarem w ten niedzielny wieczór, ponieważ kończyła się akurat próba "old boyów", a zaczynała zespołu aktualnie występującego na scenie. Atmosfera, jak już zaznaczyłem, była gorąca, zbliżał się jubileusz, więc "old boye" przygotowywali się do występu, aby kontynuować tradycję, zapoczątkowaną 10 lat wcześniej na 40lecie Zespołu.

Przechodziłem obok osób zajętych rozmowami, widać było, że nie spotykają się na co dzień, ale mają sobie dużo do powiedzenia. Musiałem chwilę poczekać zanim biegający pomiędzy pomieszczeniami Pan Maciej Jędrzejek znajdzie dla mnie chwilę czasu. To właśnie On zaaranżował spotkanie z osobami, które występowały kiedyś w "Krakusie" (nawet po kilkanaście lat), bo przecież, jak mi powiedział, to Oni wiele lat tworzyli zespół, wiele ze sobą przeżyli i dużo mogą opowiedzieć. Zeszliśmy na dół do stołówki, miałem przed sobą grupę dojrzałych kobiet i mężczyzn. W zasadzie to pomysł na to spotkanie był bardzo spontaniczny, nie przygotowywałem się specjalnie. Trochę wiedziałem o Zespole, a na resztę liczyłem na miejscu. Istniało jednak niebezpieczeństwo, że spotkanie może się nie udać. I rzeczywiście rozmowa początkowo się nie kleiła, ale w sumie nie trzeba było dużo czasu żeby nabrała rozpędu. Później nie była to już rozmowa, ponieważ stałem się głównie odbiorcą tego o czym mówiono. Było o czym słuchać i tak mnie to wciągnęło, że sami musieli mi zwrócić uwagę na to, że czas przełożyć w dyktafonie kasetę na drugą stronę, bo pierwsza już dawno się skończyła.

Moi rozmówcy wspominali różne wyjazdy zagraniczne zespołu i może wspomnienia te nie będą ułożone chronologicznie, bo i nie chronologicznie były opowiadane, ale sądzę, że warto trochę poczytać.

Wesele w Hiszpanii...

Kiedy występowali na festiwalu w Jaca w północnej Hiszpanii, poznali zespół z Kadyksu, który jak wiadomo leży na zupełnym południu tego kraju, tuż niedaleko Gibraltaru. Hiszpanie zaprosili ich wszystkich na wesele pary ze swojego zespołu. Trzeba dodać, że zaproszonych zostało 50 osób i musieli oni przejechać cały Półwysep Pirenejski, a potem byli goszczeni przez tydzień przez swoich gospodarzy. Było to dla nich tak duże przeżycie i tak spodobało się członkom Zespołu, że jak dzisiaj wspominają z uśmiechem, zaowocowało po powrocie dużą ilością małżeństw. I rzeczywiście, jak dowiedziałem się od Dyrektora Zespołu Pana Stanisława Rusinka, przy okazji jubileuszu pokuszono się o statystykę krakusowych par małżeńskich, z której wynika, że w ciągu 50. lat skojarzyło się ponad 100 par. Myślę, że nie od rzeczy będzie przedstawić statystykę jaką odnalazłem w jednej z pierwszych kronik Zespołu:

______________________________________________________
Lata 1964-1969
Ilość "Zespołowych" małżeństw 13 (9% członków Zespołu)
w tym:
  chórowych	30,8%
  baletowych	30,8%
  orkiestrowych	0,0% 
mieszanych:
  chór-balet		0,0%
  chór-orkiestra	23,1%
  balet-orkiestra	0,0%
  balet-inni*		15,3%
Rozwodów - brak.
* - osoby związane z Zespołem: kierownicy organizacyjni,
    konferansjerzy.
Ilość dzieci urodzonych z powyższych związków 50%.
______________________________________________________

Sądzę, że takie ujęcie życia w liczby dziwić nie może nawet w zespole folklorystycznym, który jak by nie patrzeć, funkcjonował on w uczelni technicznej.

Festiwal w Grecji...

Na pierwszy festiwal folklorystyczny w Grecji w 1965 r. Zespół całkowicie zmienił swój profil, zniesiono chór, którego rolę przejął balet. Takie były festiwalowe wymogi. Zęby mogli wyjechać, prof. Pieńkowski musiał w błyskawicznym tempie ułożyć cztery suity polskie, a prof. Wiśniewski nie mniej szybko musiał napisać muzykę. Program festiwalowy trwał nieprzerwanie przez dwie godziny. Oczywiście chór w zespole pozostał, ale założenia festiwalu były bardzo nowatorskie.

"Western" w Dijon...

Nie mniejszym wyzwaniem dla tancerzy okazał się festiwal w Dijon w Burgundii. Organizatorzy przeznaczyli dla każdego prezentującego się zespołu 7 minut na występ. Jednak Zespół programy swoje wykonywał w 9 lub 10 minut i było to stanowczo za długo. Na scenie były kolorowe lampki, które wskazywały kiedy występ ma się rozpocząć, a kiedy zakończyć. I tak jeśli świeciła się lampka zielona to wszystko było w porządku, jeśli jednak zapaliłaby się lampka czerwona to wykonawca tracił punkty i szansę na zdobycie nagrody Przeprowadzili mnóstwo prób zanim przygotowali odpowiedni taniec, a zaprezentowali finał suity krakowskiej czyli Oberka z Turoniem i Dużego Krakowiaka. Jednak czas występu był jeszcze zbyt długi. Wówczas prof. W Białowąs tak podkręcił tempo, że do dzisiaj mówią o tym występie "western". Tancerze bardzo chcieli zdobyć Kolię Książąt Burgundzkich i udało Im się tego dokonać, ponieważ żywiołowy występ porwał jurorów i publiczność.

Przyjaźń polsko-filipińska...

Festiwale to przecież nie tylko występy i koncerty, związana jest z nim cała otoczka, wspólne posiłki uczestników, wspólne spędzanie czasu pomiędzy występami. I tak na jednym z festiwali we Francji "Krakusy" zaprzyjaźnili się z młodymi Filipińczykami, a więc z ludźmi dosyć odległymi nie tylko geograficznie, ale odległymi od nas również kulturowo. Młodzi jednak tak przypadli sobie do gustu, że po którymś z kolejnych występów Filipińczyków na scenę weszła delegacja "Krakusa" i obdarowała zespół z Filipin folklorystycznymi lalkami krakowskimi. Jedna z dziewcząt, biegle władająca językami obcymi, oznajmiła wszystkim zgromadzonym, że oba zespoły tak bardzo się zaprzyjaźniły, iż czuły spontaniczną potrzebę takiego właśnie gestu. Cała sytuacja tak wzruszyła komisarza festiwalu, że szybko wstał ze swojego miejsca i powiedział, że stało się to, do czego on organizując festiwal dążył, zawiązała się przyjaźń między młodymi ludźmi, a wzruszony był tym bardziej, że grupa polska potrafiła to wyrazić publicznie. I rzeczywiście przyjaźnie trwały bardzo długo, a może trwają do dzisiaj, a Filipińczycy również na pamiątkę ofiarowali "Krakusom", duży pleciony kosz, na którym wypisane były imiona i nazwiska wszystkich członków ich zespołu.

Stasiu i belgijska królowa...

Tancerze, którzy zakończyli swoje występy w "Krakusie" nie zawsze zrywali zupełnie swoje kontakty z folklorem. Wielu ma swoje własne zespoły często za granicą. Bardzo spodobała mi się jednak anegdota o Stasiu, który był kierownikiem gminnego zespołu niedaleko Tarnowa. Po koncercie z okazji 40lecia zespołu, kiedy różne delegacje składały życzenia i gratulacje, na scenę wszedł Stasiu w rozwianej sukmanie oraz z gorzałeczką w ręku, po czym gwarą krakowskotarnowską złożył najserdeczniejsze życzenia na ręce dyrektora. Wszyscy członkowie zespołu znali dobrze Stasia i bardzo Go lubili, wiedzieli, że jest bardzo serdeczny, niemniej chwila była uroczysta, a konwencja składania życzeń zaproponowana przez Niego wywołała dużą konsternację zwłaszcza wśród najwyższych władz Akademii.

Kilka dni po koncercie delegacja "Krakusa" spotkała się z władzami Uczelni (Rektorem AGH był wówczas prof. Jan Janowski). W pewnym momencie Rektor zaproponował "...a może opowiedzielibyście mi jakąś ciekawą historię, która Warn się przydarzyła...". Wtedy jedna z tancerek, żeby trochę załagodzić kolokwialną formę wystąpienia Stasia sprzed kilku dni postanowiła opowiedzieć co też Mu się przytrafiło, kiedy ze swym gminnym zespołem folklorystycznym występował przed belgijską królową. Były to czasy przełomu, początek lat dziewięćdziesiątych, więc monarchini była szczególnie zaintrygowana przybyszami zza żelaznej kurtyny, która dopiero co upadła. Przyszła więc do zespołu za kulisy, żeby uścisną spracowaną dłoń polskiego chłopa. Oczywiście czym prędzej ofiarowano jej czapkę krakowską na pamiątkę, a Stasio niewiele się zastanawiając rzucił hasło do swojej kapeli: "No to półeczkę dla królowej", po czym porwał głowę belgijskiego państwa i zaczął z nią wywijać. Oczywiście cała obstawa zupełnie zbaraniała, ponieważ takie zachowanie w żaden sposób nie mieści się w dworskiej etykiecie. Królowej natomiast zaczęły plątać się nogi, bo chyba nie tańczyła nigdy wcześniej półeczki. Stasio szybko się zorientował, że polka to nie był właściwy wybór i kapeli nakazał żeby zagrali walczyka, z którym królowa poradziła sobie znacznie lepiej, i zanim obstawa cokolwiek zdążyła zrobić, wywinął z monarchinią kilka obrotów. Całe wydarzenie zostało odnotowane w belgijskich gazetach, czym zresztą skwapliwie się chwalił. Rektorowi spodobała się cała ta historia, chociaż nie wiem jak zareagował na informację, że właśnie tym tancerzem, który ośmielił się zatańczyć z królową był właśnie kolega, który kilka dni wcześniej składał Zespołowi na scenie gratulacje z gorzałeczką w ręku...

"Wpadka" w Grenadzie...

Zespołowi przytrafiały się również nieprzewidziane zdarzenia i wpadki. Podczas występów w Grenadzie, tańczyli na scenie ustawionej na arenie, krowiej bezkrwawej korridy. Przytupywali mocno i w końcu jedna z par, w której prowadził dobrze zbudowany chłopak, zapadła się i zniknęła wszystkim z oczu. W jej ślady poszła następna i jeszcze jedna, aż pod sceną znalazła się znaczna część Zespołu, nie wytrzymały deski. Była to, jak wspominają "old boye" kompletna katastrofa, którą przyrównują do katastrofy z filmu "Grek Zorba". Zaległa oczywiście cisza, tancerze jednak postanowili nie dawać za wygraną. Weszli na scenę ponownie, kapela zagrała i dokończyli występ. Cała zgromadzona publiczność zamarła, wszyscy sądzili, że będzie wielka afera i skandal, bo scena w końcu nie była należycie przygotowana. Tymczasem Zespół po prostu dokończył występ i to się Hiszpanom tak spodobało, że po koncercie chcieli ich niemalże nosić na rękach.

"Puściły pierwsze gumy"...

Na scenie zdarzało się również tancerzom czasem zgubić jakąś część garderoby bądź charakteryzacji. Na występach w Lublinie jednemu z członków baletu opadły spodnie na kolana, co lokalna prasa na drugi dzień skwitowała komentarzem "Puściły pierwsze gumy".

Gubiona garderoba...

Dużo więcej problemów z odpadającymi elementami charakteryzacji i garderoby miały tancerki. Szczególnie odznaczyła się pewnego razu dziewczyna, która występowała tylko w jednej suicie, więc miała dużo czasu do tego, żeby się dobrze przygotować. Było jednak inaczej. Na scenę wyszła bez serdaka i fartucha, po czym spadła jej spódniczka, a oba warkocze, jeden po drugim, poleciały w publiczność. Nie na każdym koncercie bywał prof. Pieńkowski, ale na tym akurat był i już po wszystkim poszedł do dziewcząt za kulisy udzielając następującego napomnienia: "Dziewczyny wszystko wam może spaść, nawet majtki, ale nigdy warkocze, to jest wasza wizytówka".

Żeby zapobiec tego typu incydentom, dyrekcja Zespołu nałożyła kary pieniężne za gubienie części garderoby podczas występu i poszczególne części wycenione były oddzielnie. Nie było żartów z taką karą, ponieważ podczas występów zagranicznych musieli płacić w walucie danego kraju.

Małgorzata "Węgierska"...

Niezwykłą historią Zespół został doświadczony podczas swojego pierwszego występu zagranicznego na Węgrzech w 1964 r. Jedna z tancerek baletu na kilka miesięcy przed wyjazdem zaszła w ciążę. Czasy były jednak takie, że zagraniczny wyjazd był niezwykłym rarytasem, a poza tym w kraju niczego nie można było dostać. Miała więc nadzieję, że uda jej się nabyć wyprawkę dla małego dzieciątka, które niebawem miało zawitać na ten świat.

Podróż Zespół odbył autokarem, co prawdopodobnie było elementem, który spowodował dosyć wczesne pojawienie się bólów i poród od razu po dotarciu do stolicy Węgier. Dziecko (dziewczynka) nazwana została od mostu Małgorzaty tym właśnie imieniem. Małgorzata, kiedy wyrosła już na pannę, występowała kilka lat w chórze "Krakusa". Moi rozmówcy bardzo ciepło wspominali swoje lata spędzone w Zespole. Łączyło ich coś więcej niż tylko występy. Pięć prób w tygodniu, wspólne przezwyciężanie piętrzących się problemów cementowało ich znajomości, a często i przyjaźnie. Wielu z nich występowało w "Krakusie" wiele lat niektórzy nawet kilkanaście. Ten kawałek życia jest dla Nich bardzo ważny, o czym sami zaświadczają nie zrywając kontaktów z Zespołem i występując na jubileuszowych koncertach, przyprowadzając swoją dziatwę do zespołu dziecięcego "Małego Krakusa".

Tak to już pięć dekad działa w AGH "Krakus" dając możliwość zrealizowania się artystycznie na scenie paru pokoleniom swych członków.

Na początku mojego spotkania z "old boyami" było sporo osób. Jednak w miarę upływającego czasu wykruszali się, a trzon moich rozmówców stanowili Państwo: Grażyna Chwalik, Małgorzata Godecka - Kwaśniewska, Anna Morańska, Irena Jelec - Wójcik, Mariusz Wójcik.

 


Nasze linki:
»  Bistro akademickie - menu na dziś
»  Mensa pracownicza - menu na dziś
»  Zespół Pieśni i Tańca KRAKUS
»  Hotel Polonez
»  Akademia Górniczo-Hutnicza

»  Logowanie
Copyright © Krakus 2007
strona główna   ·   o zespole   ·   jubileusze   ·   foto galeria   ·   kontakt